Mitad del Mundo

Pobyt w Ekwadorze zobowiązuje do wycieczki na równik, dlatego zaliczyliśmy aż dwie, a co sobie będziemy żałować. Byliśmy w Mitad del Mundo turystycznym, a potem w tym jedynym i prawdziwym, o ktorego istnieniu wiedzieli już Inkowie, bez GPS-ów, internetów i innych cudów techniki.

Sam wstęp do wycieczki był całkiem ciekawy, bo musieliśmy iść na autobus, o którego istnieniu wie jakaś wyjątkowo wąska grupa osób, czyli jakiś bloger, który to rozkminił i my 😀 Nie no, ale to było ciekawe tak iść na przystanek, na którym nie ma żadnego rozkładu i czekać z mieszanką zwątpienia i nadziei. Ale tak, kontynuujemy nasz fart wycieczkowy i po 15 minutach przyjechał on, niebieski rycerz szos, miejski autobus, który za 0,40 dolara zabrał nas w godzinną trasę do Mitad del Mundo. Ludzi milion pięćset, gorąco, rzucało na każdą stronę, co parę przystanków wchodził ktoś, żeby sprzedać uchwyty na telefon/orzeczki/niemampojęciaco, posłuchaliśmy dramatu jakiegoś pana, który opowiadał historię swojego życia, autobus zatrzymywał się z wpół otwartymi drzwiami na coraz większych końcach świata, a my byliśmy główną atrakcją turystyczną tej wycieczki.

Po godzinie dojechaliśmy i od 20 sekundy naszego pobytu jakiś przemiły pan zaczął nas naciągać na wycieczkę ze swoją firmą, z której z resztą ostatecznie skorzystaliśmy. To by było na tyle w temacie, że ludzie tu nie sa nachalni 😀

Na pierwszy ogień poszło turystyczne Mitad del Mundo, za 5 dolarów za osobę. W sumie można wejść, jest muzeum, dużo sklepików z pamiątkami, galeria obrazów, wystawa na temat czekolady i ładne widoczki.

Nie udało nam się dobrze wyjść z muzeum, a już zostaliśmy gwiazdami internetu. Pan student fotograf zrobił nam zdjęcie w ramach Proyecto Reacciones Ecuador. Gdzie człowiek nie pójdzie, tam go sława dosięgnie 😀

30 sekund później już byliśmy eskortowani do baru, gdzie zaciągnął nas właściciel z Wenezueli, ale w sumie dobrze, że się daliśmy, bo zjedliśmy kolejny dwudaniowy obiad za półdarmo, a do tego poznaliśmy Polkę z Krakowa, która jest w podróży od listopada.

Wiadomo, na wyjściu z baru znów atak pana od wycieczki. Zaprosili nas do biura firmy, a my się daliśmy namówi i nie stawialiśmy oporu. Za 18 dolarów pojechaliśmy do Cráter del Volcán Pululahua, gdzie, znowu oczywiście fartem, zonaczyliśmy wioskę położoną między dwoma wulkanami w kraterze, która jest trudno dostępna, mieszkacy sozywaja 95 lat, i są kompletnie samowystarczalni jeśli chodzi o produkty spożywcze. Widok był niesamowity, to jakiś wyższy poziom zielonego, a powietrze było tak czyste, że najchętniej ładowałabym je w słoiki i eksportowała do Płocka.

Potem pan właściciel firmy zapakował nas w samochód i zawiózł na prawdziwy równik i pokazał kilka super doświadczeń.

Po pierwsze po równiku nie da się iść krok za ktokiem tip-topami. No nie da się 😀 Człowiek się chwieje jak pijany i nie można utrzymać równowagi. Śmieszne uczucie, niesamowite. Do tego tak, jajko można postawić tam tak, żeby się nie ruszało i stało stabilnie, no medżik, cuda i w ogóle wow 🙂 Poza tym tam się jest podobno 2 kg lżejszym, więc bardzo chcieliśmy tam zostać 😀 I tak, GPS pokazał 00.00,00. No dobra, mi nie, bo trzęsła mi się ręka, ale A. tak 😀 No i widoki były niesamowite. W ogóle pan przewodnik mówił jasno, ciekawie i widac było, że lubi swoją pracę, także to było dobrze zainwestowane 18 dolarów.

Na autobus powrtotny też się załapaliśmy fartem, bo podjechał 30 sekund po tym, jak zostaliśmy odstawieni na przystanek. Jednak pewnie nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy czegoś nie odwalili, dlatego też wysiedliśmy z autobusu jak się zorientowaliśmy, że jedziemy spowrotem na Mitad del Mundo 😀 Dzięki temu zamiast 10 minut na piechotę szliśmy 45 przez pół Quito jakimiś szemranymi uliczkami. Przygoda gratis do wycieczki, ale ogarnęliśmy. Przynajmniej wyrobiliśmy kroki za dzisiaj… 😀

One thought on “Mitad del Mundo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *