W drodze z koronawirusem w tle

Dobrze nam było w Baños, ale że show must go on, to się musieliśmy w końcu pożegnać z pysznymi śniadaniami i pięknymi widokami i ruszyć w drogę. Ostatniego dnia pojechaliśmy jeszcze na szybką wycieczkę do Casa del Arbol, oczywiście miejskim autobusem, a nie z wycieczką, bo oszczędzamy 😛

W piątek wieczorem pojechalismy spowrotem na północ, konkretnie do Otavalo, które jest znane z tego, że co sobotę ma tam miejsce jeden z największych targów w Ameryce Południowej. Wyszliśmy z domu już o 7:30, ale wiele straganów jeszcze się rozkładało. I rzeczywiście, ilość stoisk i wybór produktów był nie do opisania. Na szczęście nie nakupowałam kilogramów pamiątek, tylko magnes i obrazek od lokalnego artysty. Dobrze, że A. się umie targować, bo ostatecznie zgarnęliśmy jego cztery prace za 40 dolarów. Ale nie powiem, spodziewałam się jednak czegoś bardziej wow. Na pewno warto było zobaczyć, jednak raczej nie jest to obowięzkowy punkt wycieczki po Ekwadorze.

Z Otavalo czekała nas misja granica. I była to w sumie całkiem poważna misja, biorąc pod uwagę fakt, że mają ją zamknąć 16 marca, ale że nas nie opuszcza Życiowy Fart Wycieczkowy, to na granicy z Kolumbią wylądowaliśmy 14 marca. Ma się to wyczucie czasu…

Sama podróż do granicy trwała około czterech godzin, ale to był tylko wstęp do prawdziwej masakry. Z przystanku na przejście graniczne pojechaliśmy taksówką i się zaczęło… O ile uzyskanie pieczątki wyjazdowej w paszporcie to nie był jakiś problem (no dobra, dla nas nie był, Francuzi przed nami zostali z marszu oddelegowani na badania i więcej ich nie widzieliśmy), to wejście na terytorium Kolumbii kosztowało nas 2 dolary i 2 godziny z życia.

Najpierw kolejka do wejścia do punktu, gdzie podbijają paszporty. Jakiś miły pan wymieniający gotówkę oświecił nas, że potrzebujemy jakiegoś papieru, zanim przekroczymy granicę. Oczywiście nigdzie o tym ani słowa, bo po co. Okazało się, że ten papier, to wypełniany przez panią w punkcie ksero oficjalny, rządowy dokument, który zawierał nasze dane, numery paszportów, telefony i wywiad na temat naszego miejsca pobytu w ciągu ostatnich 14 dni. Fajnie, brzmi, że się przejmują epidemią. Do momentu, aż nie powiedzieliśmy, że w sumie to lot mieliśmy z Hiszpanii… Pani powiedziała, że nie będziemy o tym wspominać, bo po co mamy mieć problem z celnikiem… xD No tyle w kwesti bezpieczeństwa, zdrowia i innych takich.

Wypełnianie i drukowanie tych papierów trwało w nieskończoność, ale w końcu jest, udało się. Gnamy w koleję jeszcze raz. Ochroniarz gada coś pod nosem o badaniach, o numerach, o aplikacji przez internet. Oczywiście nic nie wyjaśnia i sobie idzie. Szlag już nas trafił przynajmniej cztery razy, a ja już oczami wyobraźni widziałam, jak śpimy w jednym z hosteli przy granicy, jednocześnie bluźniąc w myślach i dziękując samej sobie za to, że mówię po hiszpańsku, bo gdyby nie to, to nie wiem, czy dzisiejszy dzień zostałby zaliczony.

Połaziliśmy, popytaliśmy, okazało się, że papier, który mamy to już jest załatwiona aplikacja, a lekarz jest tuż za rogiem. Ok, ogarniamy. Pan zmierzył nam temperaturę i zapytał czy nie mamy objawów. No nie mamy, więc wszystko ok. Spowrotem do kolejki. Czekamy, czekamy, czekamy, ja już trochę nie lubię Kolumbii, ale czekamy dalej.

W końcu jesteśmy przy okienku. Najpierw problem z adresem, pod który jedziemy, bo ciężko było znaleźć. Ok, mój paszport ma pieczątkę, witamy w Kolumbii, bla bla. Teraz A. Wszystko ok, ok, ok, aż celnik nie wpadł an to, żeby zapytać skąd jedziemy. No z Ekwadoru, a skąd. No tak, a wcześniej? No yyyyyyyyyyyy z Polski? Cos mu wyjątkowo nie pasowało, ale chyba nie ogarniał, że to Unia Europejska, ani w ogóle gdzie to jest na mapie i machnął ręką. Nie dopytywał dalej, więc nie musieliśmy mówić, że byliśmy w Hiszpanii. Uf, jest pieczątka, a my dodatkowo jesteśmy pewni, że jesteśmy zdrowi. W sumie trochę się martwiliśmy, bo mnie pobolewała głowa, a A. sobie czasem pokaszle, no ale nic, udało się dojechać do Ipiales, przygranicznego miasteczka, z któego jutro wyruszamy do Popayan. Będzie to trwało przynajmniej 8 godzin w autobusie, powodzenia dla nas xD

Po przyjeździe też się nie obyło bez atrakcji, bo musieliśmy wmienić pieniądze po bardzo słabym kursie, ale nie było wyjścia, bo nie mieliśmy nawet na hostel. No cóż, życie, ale to też raczej do ogarnięcia. Odpoczęliśmy dopiero koło 18 na obiedzie, ltóry skłądał się z…. rosołu z frytkami. Tak, tak jak napisałam. Myślałam, że po zupie cebulowej już mnie nic nie zaskoczy, ale zupa a’la rosół z frytkami jednak wygrała. Do tego dostaliśmy taaaaką michę jedzenia, w której było dosłownie wszystko, trzy rodzaje mięsa, fasola, ryż, sałatka, banan, awokado i jakieś niezidentyfikowane, białe coś. Oczywiście, że zjadłam wszystko, i mało nie pękłam, ale 4 dolary, zapłacone, to trzeba zjeść 😀

Jakie pierwsze wrażenie? Zupełnie inaczej niż w Ekwadorze. Ludzie mają zpełnie inne rysy twarzy, na ulicach jedzą zupełnie inne rzeczy, i mają normalne, firmowe sklepy, jak w Europie. Trochę szok, zwłaszcza, że jesteśmy nie dalej, jak 3 km od Ekwadoru, a zmiana jest mega duża.

Tak, jak wspomniałam, jutro dzień w drodze. Podobno tam, gdzie jedziemy też jest bardzo ładnie. Mamy już obczajone miejsca, które trzeba zobaczyć. Trochę szkoda, że nie pojedziemy na północ, nad Morze Karaibskie, ale to bardzo daleko, no i nie wszystko na raz 🙂 Jeszcze będzie czas. Liczę, że następna relacja już z Popayán.

2 thoughts on “W drodze z koronawirusem w tle

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *