Pieniny Tour

W ciągu ostatnich 10 lat nie planowałam wakacji w Polsce, tym bardziej w roku pandemii, koronawirusa i kwarantanny. Na szczęście M. zabrała mnie już na Mazury, a noedawno wróciłyśmy z Krościenka nad Dunajcem 🙂 Pojechałyśmy co prawda na krótko, ale raczej intensywnie to wyglądało. Poza tym odkryłam, że:

  • jestem mega fanką klusków śląskich,
  • że chyba tylko w Polsce jazda autostradą zajmuje więcej, niż jazda bocznymi drogami,
  • że możesz z kimś spędzić 5 dni i ciągle mieć tematy do rozmów,
  • że kondycję mam raczej kiepską xD
  • i że Hotel Paradise i Love Island to nie najgorsze g!*@no w TV

Sama wycieczka wiadomo, dość długa, bo to 6 h w samochodzie, ale dałyśmy radę. Im bardziej na południe, tym bardziej lało, bo oczywiście wakacje w PL = deszcz i załamanie pogody. Poza tym M. mnie jeszcze przegoniła na spacer po rezerwacie Biała Woda, także byłyśmy zdechnięte, ale raczej zadowolone. Widoki oczywiście na plus, zawsze to coś ciekawszego niż nizinne Mazowsze.

Kolejnego dnia był Wąwóz Homole (nie wiem, czy można tak pisać, może to propagowanie LGBT? xD). Cudownym sposobem z 12 zaplanowanych kilometrów zrobiło nam się 21, i wtedy też się okazało, że nasza kondycja nie istnieje 😀 Przeżyłyśmy głównie dzięki Mentosom, częstym postojom i trekkingowym butom, ale było warto 🙂 Widoki super, pogoda piękna, widziałyśmy jak prawdziwy góral robi prawdziwy owczy ser w prawdziwej bacówce i zagadałyśmy się o mijającym nas przystojnym facecie do tego stopnia, że polazłyśmy w głąb Słowacji. Tak było, nie kłamię xD

W Krościenku miałyśmy nocleg w piątym domu od końca wioski, także ledwo doszłyśmy z powrotem. Zrobiłyśmy 31672 kroki. To mniej, niż podczas jednego dnia Camino de Santiago, ale i tak bolało. Ogólnie raczej mało było części ciała, których nie czułam. Padłyśmy na łóżka, odpaliłyśmy TV, a wtedy zaczęły nas też boleć mózgi… O dziwo te debilne programy, w których banda dwudziestokilkulatków szuka sobie pary nie okazały się najbardziej durne. Wygrały Zdrady na Polsacie. Powstrzymam się od dalszych komentarzy, ale oglądając to coś czułam, jak moje szare komórki popełniają zbiorowe samobójstwo.

Kolejny dzień był lżejszy, ale słabo się szło pod górę z zakwasami. Szłyśmy raczej siłą rozpędu, ale Trzy Korony nasze 😀 Znów nie padało, a miało. Tyle wygrać! Tak naprawdę przy życiu trzymała mnie tylko myśl o jedzeniu. Kluski śląskie rulez! Słyszałyśmy też dobry tekst. Dziecko do taty przy schodzeniu z Trzech Koron: „Tato, a dostanę medal za to, że byłem dzielny?” No padłyśmy, bo raz, że dzieciak powiedział to naprawdę w słodki sposób, zamiast drzeć paszczę JA CHCĘ MEDAL, KUP MI, KUP MI!!!! (osobiście bym mu ten medal kupiła), a dwa, że on należał się też nam i po cichu dzieciakowi zazdrościłyśmy, że jemu to ma kto kupić, a my możemy sobie kupić ewentualnie same 😀 Tym sposobem zgadnijcie co? Oczywiście, że nie mam medalu… aaaale za to miałam kolejną sesję z Hotel Paradise xD

Widoczek z Trzech Koron

Na szczęście M. lubi zwiedzać, więc już kompletnie poobijane pojechałyśmy na wycieczkę samochodową dookoła Jeziora Czorsztyńskiego. Najpierw zwiedziłyśmy Zamek Czorsztyn, potem XV-wieczny kościółek w Dębnie, gdzie, jak zwykle fartem, załapałyśmy się na przyjście pani przewodnik, a na koniec zamek w Niedzicy.

Tutaj Dębno i drewniany gotycki kościół Św. Michała Archanioła z wieku XV, wpisany na listę zabytków UNESCO, uważany za jeden z najpiękniejszych kościółków drewnianych na całym świecie.

A tutaj Niedzica, nie mylić z Nidzicą (Mamo! :P):

Byłyśmy też „na mieście” w Szczawnicy, ale mają tam zdrowe podejście do życia i dobre jedzenie, także wybaczam, że to taka dziura.

Już nie tak zdechłe i padnięte, ale dalej obolałe pojechałyśmy też do źródełka wody Maria. To było dopiero creepy miejsce. Droga w głąb lasu, zero żywej duszy, zagęszczenie drzew z każdą chwilą wzrastało, zero jakichś odgłosów… No w życiu bym tam w nocy nie wysiadła z samochodu. Woda jak woda, tylko że przemineralizowana xD Dla mnie, nie lubiącej wody innej niż niegazowa, mineralizacja na poziomie 3400+ to przesada o 3000 :D. Ale skoro zdrowa, to piłyśmy.

Ostatni dzień też zaczęłyśmy od źródełka, tym razem Stefan i Michalina. Rzeczywiście, że różnica w smaku była, ale mi ta woda nie smakowała równie bardzo, jak ta dzień wcześniej 😀

W ogóle M. jest kochana, bo zamiast wracać prosto do domu, gdzie i tak miałyśmy przed sobą 6 h w samochodzie, my wracałyśmy z Krościenka do Płocka… przez Słowację. Tak, jest, jest, mogę dodać kolejny kraj na listę krajów,w których byłam. Nie mogę całe życie jeździć do Hiszpanii, c’nie? (aaaale bym chciała xD). W każdym razie byłyśmy w Czerwonym Klasztorze:

Potem w kolejnym zamku w Stara Lubowla…

… gdzie po zapachu poznałam polskie klejnoty koronne 😀 Od razu mi się spodobały, bo lubię złote i świecące, a jak przeczytałam, że są polskie, to się poczułam prawie jak właścicielka 😀

Korona. Myślę, że by mi pasowała…

Co ciekawe, w cenie wejścia na zamek jest też skansen, który był całkiem fajny. Może nie był tak dobrze zorganizowany, jak ten w Sierpcu, ale ilość chat i eksponatów porównywalna:

Na koniec obiad na końcu świata, bo w Piwnicznej-Zdroju, i do domu. Dojechałyśmy trochę po 22, ale było warto. Dobrze, że mam koleżakni na jakość, nie na ilość, jak to bywało w niechlubnej przeszłości 🙂

PS. Fart wycieczkowy dalej działa mimo pandemii. Miało nam pięć dni padać, nie zmokłyśmy ani razu i zwiedziłyśmy kilka nadprogramowych miejsc😎 Jedyne, czego zabrakło, to spływu Dunajcem, ale to następnym razem 🙂

PS.2 Pandemii na południu Polski nie ma, w autobusach głównie to my miałyśmy maseczki na twarzy ;P

One thought on “Pieniny Tour

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *