„Kalecy, bękarci i im podobni”*, czyli szybka Chorwacja z zaskoczenia

W tym roku raczej już się nie nastawiałam na jakieś COVID-wakacje, ale na szczęście się udało. Nie tylko byłam w Pieninach i na Słowacji, ale i w jedynej polskiej kolonii zamorskiej, czyli w Chorwacji. Ale od początku…

Hasło Chorwacja padło już w lipcu, a że ja jestem zawsze chętna na wycieczkę, to zastanawiałam się jakąś 1/5 sekundy, tylko że do końca nie było wiadomo, czy ta wycieczka w ogóle dojdzie do skutku z przyczyn wiadomych. Granice w pewnym momencie zamykały się praktycznie losowo, więc szanse były, ale marne. Mimo wszystko się udało i w sobotę zapakowaliśmy osiem tyłków do dwóch samochodów i pojechaliśmy do Nemiry, osady oddalonej od Omiš o jakieś 3 km, czyli do samego serca Dalmacji.

Po drodze był postój w Krzyżanowicach, do których dojechaliśmy około drugiej w nocy i praktycznie wbiliśmy się obcym ludziom na chatę w poszukiwaniu klucza do naszego noclegu. J. obmacał wszystkie doniczki w dwupiętrowym bloku, narobiliśmy mega hałasu, po czym okazało się, że pomyliliśmy adresy, a miejsce, którego szukaliśmy było 50 m dalej xD Zaczęło się wesoło…

Następnego dnia dłuższy postój mieliśmy dopiero w austriackim Leibnitz, ale to nie Leibnitz od tych maślanych herbatników. Super, że się tam zatrzymaliśmy, bo nie tylko jedzenie było dobre, ale okazało się, że i moje skille z angielskiego są całkiem przyzwoite, zwłaszcza, że pan kelner nie mówił ani słowa po angielsku, a pani kelnerka strasznie się napociła, żeby się z nami dogadać. Potem przejazd przez Słowenię (którą przespałam, zasypiając na przejściu granicznym i budząc się na kolejnym, na granicy z Chorwacją) i rozrywka w postaci odgadywania, co pani z zestawu głośnomówiącego, która czytała polskojęzyczne wiadomosci z WhatsAppa po angielsku, miała na myśli.

Do celu dotarliśmy w nocy i od razu byliśmy zachwyceni miejscówką (no może oprócz tych 140 schodów w dół, które zostały dyskretnie pominięte w ogłoszeniu xD). Spaliśmy w Villa Marija, która była tuż nad samym morzem i miała basen, więc się cieszyliśmy jak dzieci, i zamiast iść spać po tych 1 474 km, rozpijaliśmy wino i patrzyliśmy w gwiazdy. Rano okazało się, że jest lepiej, niż przypuszczaliśmy 🙂

Tuż poniżej naszego tarasu było zejście na plażę:

Dzień 1 to smażing & plażing w Makarskiej, która jakoś mnie na kolana nie powaliła, ale Adriatyk, to Adriatyk, więc niech będzie 😀 Tam dopiero się przekonaliśmy, że Polacy kolonizują Chorwację. Polskich rejestracji było z 70%, w sumie brakowało tylko, żebyśmy wyjęli polskie flagi i przejęli tą Rivierę Makarską. Polak na Polaku, czułam się trochę jak w Łebie w szczycie sezonu. Chorwacja zawsze była dla nas popularnym kierunkiem wakacyjnym, ale w tym roku to już przesadziliśmy. Nie bez powodu nawet sami Chorwaci mówią, że ratujemy ich gospodarkę. Anyway, ładnie było:

Dzień drugi, czyli wtorek, to spacer wybrzeżem do Omiš i wyrabianie kroków, kawkowanie, drinkowanie, zwiedzanie w podgrupach, spotkanie z Polakiem mieszkającym w Niemczech od 40 lat i wieczorne reunion na jedzenie i zakupy. Dowiedzieliśmy się też, że Omiš to dawne miasto pirackie, a chętni mogli się nawet zapisać na wyprawę łódką i zostać piratem na jeden dzień 😀 Potem wino, muzyka, gwiazdy i plotki. Duuużo plotek i jeszcze więcej gwiazd, bo odkryliśmy apkę, która pokazuje i nazywa gwiazdozbiory. Poza tym to dzień ratowania nietoperza przez mamę Magdę i ciocię Olę. Utopiłby się biedny w basenie, ale M. wyłowiła go szufelką, a potem zorganizowałyśmy mu kartonowy domek, w którym spokojnie sobie wysechł i odpoczął, biedny, przerażony zwierzak <3

Dzień trzeci to wycieczka do Splitu, dziwna pogoda, upał i deszcz, a do tego wieczorna rozpusta w Omiš i dalszy ciąg degustacji lokalnych win na tarasie. W sumie razem z M. miałyśmy dosyć grupowego braku zdecydowania i zwiedzałyśmy same. Trochę wyśmiała nas babka w informacji turystycznej, jak szukałyśmy Pałacu Dioklecjana (przełom III i IV wieku) mówiąc, że w nim jesteśmy. Poza tym uciekłyśmy z restauracji, w której jeden kieliszek wina kosztował prawie tyle, co cała butelka poprzedniego dnia, a do tego przed deszczem i burzą schowałyśmy się w mega dziwnym barze z szatańską muzyką, ale dobrym seksem na plaży, w sensie drinkiem. Do tego, jak wiadomo, potrzebuję obecnie trochę życiowego farta, dlatego na szczęście pogłaskałam po stopie i Grzegorza z Nilu i ̶J̶o̶w̶i̶s̶z̶a̶, nigdy nie wiadomo, co zadziała i skąd nadejdzie pomoc 😛 (ok, poprawka. Okazało się, że ten w Świątyni Jowisza to Jan Chrzciciel…). Poza tym trzy noce z rzędu mieliśmy z tarasu niepowtarzalny widok – mogliśmy podziwiać z oddali pioruny, które rozświetlały niebo na biało i pomarańczowo. Niesamowite to było. Na szczęście tylko raz burza doszła do nas i zafundowała nam pobudkę o 3 w nocy 🙂

Grzegorz z Nilu i jego superpalec spełniający życzenia

Dzień czwarty to wczesna pobudka, spacer po plaży o 8:30 i śniadanie na naszym tarasie. Pogoda była super, mega ciepło i idealne niebo. Po śniadaniu pływanie i powtórka plażingu, ale i atmosfera napięta, bo nie mogliśmy się jakoś zebrać. Dopiero po południu pojechaliśmy do Trogiru, ale nie było nam dane zwiedzić miasteczka, bo dostaliśmy smutną wiadomość, która spowodowała szybki powrót do naszego Hotelu Paradise, pakowanie i wyjazd w drogę powrotną z akcjami z koronawirusem w tle, kombinatorstwem z Sanepidem, granicami, i tym podobnymi atrakcjami. Szkoda, że tak się skończył ten wypad, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Mam nadzieję, że pan J. szybko wróci do zdrowia, wszyscy trzymamy kciuki i wysyłamy pozytywną energię. Nemira pożegnała nas pięknym zachodem słońca, nawet nietoperze przyleciały powiedzieć Doviđenja.

* Jeśli chodzi o tytuł, to 3/8 osób miało blizny i urazy kończyn, dalej nie wiem, kto był bękartem, ale „im podobni” to ci, którzy zazwyczaj albo opóźniali całą grupę, albo robili sceny xD Poza tym, to tytuł jednego z odcinków Gry o tron, a serial był kręcony również w Chorwacji, także wszystko się zgadzało. Ł., organizator wycieczki, tak słodko się do nas zwracał, jak grupowo nie szło się z nami wszystkimi dogadać xD No cóż, nie jest łatwo w osiem osób, a i moja cierpliwość została nadszarpnięta, ale było naprawdę fajnie 🙂 No i koniecznie muszę wrócić do Zagrzebia, w którym tylko spaliśmy, pojechać do Dubrovnika, który był w planach, i zwiedzić Wiedeń, który mijaliśmy dwa razy. W ogóle stwierdzam, że w środku pandemii byłam już w tylu miejscach, że brawo dla mnie 😀 Ciekawe, kiedy następna wycieczka?

One thought on “„Kalecy, bękarci i im podobni”*, czyli szybka Chorwacja z zaskoczenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *