Jestę sportowcę

I to już 2 miesiące!

Wszystkie moje byłe wuefistki padłyby z wrażenia.

Ja w sumie też się dziwię, w końcu nigdy nie przypuszczałam, że będę uprawiać sport WYCZYNOWY z własnej woli (tak, też dostałam ataku śmiechu, jak się dowiedziałam, zwłaszcza, że dla mnie wielkim wyczynem jest się wybrać na zajęcia xD)

Aaaale od początku…

Teraz już wiem, że za to idzie się prosto do piekła xD

Chodzimy z M. na babingtona badmintona od listopada, ale nie chwaliłam się wcześniej, bo się znam. Przypuszczałam, że po dwóch razach stwierdzimy, że no chyba nie ma opcji, nigdy więcej, itp., ale o dziwo – niespodzianka. Nie dorobiłam się jeszcze co prawda własnej paletki rakietki, ani zestawu piłeczek lotek, ale jestem bliżej niż dalej. Skąd więc ta fascynacja? Z potrzeby, ale głównie towarzystwa. Ten badminton to jedyne miejsce, gdzie widzę kogoś innego niż moich rodziców i gdzie świat wygląda normalnie – maseczek niet, odstępów niet, pandemii niet.

Ludzie różni, od wujka (nie mojego, ale trochę sobie go zaadoptowałam) drącego się MOCNIEJ DZIEWCZYNY, TRZEBA NAPIERDZIELAĆ i miłych pań wuefistek, po panów „dziadów” podnoszących nam samoocenę, mistrzów Polski w badmintonie, po zadufanych w sobie lekarzy, dla których nie warto mówić ci nawet cześć, jeśli nie skończyłeś medycyny – czyli do wyboru, do koloru.

Na początku nikt w sumie nie zwracał na nas uwagi – trafienie w lotkę było dla nas spektakularnym osiągnięciem, a poza tym umierałyśmy ze śmiechu nad naszymi „umiejętnościami”. Potem stałyśmy się stałym elementem wystroju sali, obserwowanym przez różne osoby z różnych kątów, a wszyscy patrzyli na nas z minami „WTF w ogóle, co wy ^@$#%$^ robicie?! jak można było tego nie trafić -.-”

Takimi nie gramy, bo nam nie dają – na nasz poziom tylko plastik sto pro xD


W sumie miałyśmy to w „zupie”, ja w szczególności, ale byłyśmy wyalienowane aż do momentu badmintonowej wigilii, na której Ola miała wybić jeden kieliszek wódki dla towarzystwa, a skończyło się imprezą do później nocy, kacem i tym, że wszyscy wiedzieli, jak mamy na imię. Jednym słowem – wkupiłyśmy się w łaski xD

Od mniej więcej dwóch tygodni nastąpiła znacząca zmiana – LUDZIE Z NAMI GRAJĄ. Jedni bardziej chętnie, inni mniej, ale grają. Wcześniej omijali nas szerokim łukiem. Poza tym, DWA RAZY ZOSTAŁYŚMY POCHWALONE. Niby nic, ale gdybyście tylko wiedzieli, co znaczy pochwała z ust tamtejszych graczy… 😀 W skrócie – wszyscy tam się spinają, jakby grali o puchar trzepaka, zero rozmów, pełne skupienie i poziom pro master +++. Na wszystkie pytania Tak? Dobrze zrobiłam? odpowiada nam zawsze dźwięczne „nie, źle -.-„. Motywacji zero, wieczna krytyka, ogólnie trochę jesteśmy masochistkami, że tam chodzimy ;P Aaaale się opłaciło. Dwie pochwały jednego tygodnia… 😀 No szok, aż musiałam sobie zapisać na blogu.

Męczy ten sport niesamowicie, zawsze jestem po treningu cała mokra, bordowa na twarzy i każdy krok sprawia mi ból – na przykład w zeszłym tygodniu byłyśmy 3 x po 2.5h, a do teraz bolą mnie pośladki, nogi, ramiona i mięśnie brzucha, ale już się nie mogę doczekać, jak pójdziemy pograć w sobotę 😀 Jednym słowem, jestem zachwycona.

Wniosek?

Uprawianie sportu jest spoko 😀

P.S.: Jestem w Polsce rok i miesiąc – to o rok za długo, ale pracuję nad tym 😉

P.S.2: Nakupowałam ostatnio książek do włoskiego, bo jednak do niemieckiego nie jestem w stanie się na nowo zmusić xD

P.S.3: Ta egzystencja okołokoronawirusowa jest masakryczna – marzy mi się iść na dyskotekę, do kina, na wypasiony obiad i na wycieczkę, i powtarzać te czynności aż do totalnego znudzenia (i taki jest plan na ogólną przyszłość :P)

Be the first to reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *